Zenon Miriam-Przesmycki - W co wierzyć- interpretacja utworu
Koniec XIX wieku to w głównej mierze brutalna konfrontacja z zastaną rzeczywistością i niemożność pogodzenia z utrzymującym się stanem rzeczy. To także czas zwątpienia i podważenia racji uznawanych jak dotąd za jedyne słuszne czy wzrost przeświadczenia wśród twórców o ich wyższości nad pozostałymi ludźmi, a więc o pełnieniu ważnej misji wobec świata. Było nią przede wszystkim odkrywanie prawdy i niszczenie jakiejkolwiek iluzji, dlatego też owa prawda bardzo często mogła wydawać się odbiorcom niewygodna i niezwykle pesymistyczna, bowiem zabierała resztki złudzeń i pozbawiała nadziei na poprawę bytu.
Misji tej szczególnie podjęli się literaci i publicyści – w ich pracach zauważyć można zakrojony na szeroką skalę moralizatorski ton wypowiedzi połączony z nieodłącznym wrażeniem rodzącym się u odbiorcy, iż ma on do czynienia z tekstem, którego autor wyraźnie pragnie podkreślić swoją wysoką pozycję – niebagatelnie wyższą aniżeli ktokolwiek spośród jego czytelników.
U schyłku XIX wieku, a więc wraz z narodzinami i rozwojem modernizmu (lub też inaczej: Młodej Polski), coraz bardziej wzrastał w siłę nowy nurt światopoglądowy, który obecnie określamy mianem dekadentyzmu. Jego źródeł należy poszukiwać w poglądach znanego niemieckiego filozofa, Arthura Schopenhauera, który głosił swego czasu m.in. to, iż człowiek skazany jest cierpienie, ponieważ stale miewa jakieś potrzeby i nigdy się swego cierpienia nie wyzbędzie. Szczęście jest zatem albo złudzeniem, czyli czymś, co tak naprawdę nie istnieje, albo po prostu bardzo ulotną chwilą, po której nadchodzi smutek i rozpacz.
Dekadentyzm szybko stał się bardzo modny wśród artystów tego okresu, gdyż przybliżał on (w ich mniemaniu) do tego, by posiąść rzeczywistą wiedzę na temat świata, który w gruncie rzeczy jest zły i brutalny, nie ma w nim miejsca na marzenia i nieuzasadniony optymizm. Ową wiedzą postanowili oni podzielić się z resztą ludzkości, o której sądzili, iż wije się w okowach samych kłamstw na temat własnej egzystencji, z których należy ją jak najszybciej uwolnić. Teresa Walas w swojej książce Ku otchłani dodaje również: „[…] jak sugeruje pobieżne choćby rozeznanie w publicystyce tamtego okresu, a potwierdza zaprezentowany przez Henryka Markiewicza bogaty materiał dowodowy, nazwą dekadentyzm posługiwano się dla oznaczenia i potępienia zjawisk jakościowo różnych, a niekiedy najwyraźniej sprzecznych […]. W Miriamie i Langem dostrzega inaugurantów polskiego ruchu dekadenckiego Ignacy Suesser”2. To ostatnie zdanie jest tutaj bardzo ważne, ponieważ to właśnie na postaci Miriama (prawdziwe imię i nazwisko: Zenon Przesmycki) pragnę skupić się w mojej pracy. Utworem, który stanowi idealny przykład dzieła wpisującego się w omawiany powyżej nurt, jest wiersz pt. W co wierzyć?, więc to on będzie przedmiotem mych dalszych rozważań.
Sonet ten składa się z czterech strof – pierwsze dwie są czterowierszowe, pozostałe są tercynami, występują w nim rymy. Naczelnym motywem, jaki występuje w utworze, jest zwątpienie, nieustannie towarzyszące ludzkiej egzystencji. Podmiot liryczny snuje refleksje w imieniu większej społeczności, do której najwyraźniej przynależy, aczkolwiek czuje się od niej silniejszy – przynajmniej na tyle, by występować na jej czele. Są to zatem rozpaczliwe pytania stawiane w pojedynkę o podstawowe fundamenty wiary. Wiary we wszystko – w drugiego człowieka, w jakąkolwiek dobroć, w sens istnienia… Za każdym razem pytania te jakoby ulatują w próżnię, odpowiedzi na nie brak, praktycznie nie są one do sformułowania. Jedynie przez Boga, ale On milczy w wierszu… A może w ogóle nie do Niego kierowane są te wątpliwości? Z grubsza rzecz ujmując – właściwie trudno określić, kto jest adresatem utworu. Pytania stawiane przez podmiot liryczny w wierszu są na tyle trudne, że żadna istota ludzka nie mogłaby na nie udzielić dobrej odpowiedzi, gdyż nie pozwala jej na to jej niedojrzałość czy wreszcie jej egzystencjalna ułomność i niedoskonałość.
W wierszu aż trzy razy pada wątpiące „W co wierzyć?”. Jest to dowodem ogromnego zagubienia i poczucia wyjątkowej beznadziejności własnego położenia. Z czego to wynika? Pytanie to może świadczyć jedynie o braku naczelnej idei, której można by podporządkować wszelkie swe działania, myśli, jak również o wyczerpaniu dotychczasowych punktów odniesień, autorytetów. To, na czym dotąd można było oprzeć własne życie, uległo wypaleniu – rozmyło się szybko. Zaczyna więc brakować wyższego sensu istnienia, gdyż stało się ono jałowe i pozbawione nadziei: Wątpić nam trzeba! Tłumy jęczą: biada! / Patrząc na złudzeń swych dawnych zwaliska. Dopóki owe złudzenia wypełniały umysły śmiertelników, życie swe postrzegali jako weselsze, pomimo tego, że daleko odbiegało ono od autentyzmu – radość była pozorna, co wyszło na jaw, kiedy nadzieja przeminęła bezpowrotnie. Rzeczywistość odarta została zatem z tak „miłej” przecież iluzji szczęścia, którą chciano się karmić. Teraz jednak – wedle podmiotu lirycznego – nadszedł ten czas, by uświadomić sobie, że znajdujemy się – każdy bez wyjątku – w podłym położeniu, bo wszystko wokół zawiodło, nie ma już niczego, co można by uczynić najwyższą dla siebie wartością. To, co do tej pory nią było, okazało się fałszywe i zdradliwe.
Poecie nie pozostaje zatem nic innego, jak stawiać dramatyczne pytania o ludzki byt: W co wierzyć dzisiaj, gdy wszystko upada, / W co wierzyć dzisiaj, kiedy błoto tryska / Aż do słonecznych promieni ogniska, / Gdy zwątpień jadem zatruta biesiada? – i tymi oto słowami rozpoczyna się utwór. Czymże jest więc dla niego owa „biesiada”? Być może chodzi tu po prostu o życie, które przepełnione jest „zwątpień jadem”, dlatego stało się ono skażone, „zatrute”. Zwątpienie jest bowiem tym stanem, które pozbawia bezpieczeństwa i stabilności, zaś dostarcza jedynie lęku. „Wszystko upada” – to znaczy, że nie ma już żadnej rzeczy, której można by być pewnym w stu procentach. Wynika to zarówno z niekorzystnych splotów wydarzeń, niezależnie od czyichś działań, jak również ze zwyczajnej ludzkiej ułomności, zdolności do popełniania licznych błędów, które prowadzą właśnie ku upadkowi. Każde sięgnięcie dna stawia człowieka w obliczu pytania, czy jego dotychczasowa wiara ma w ogóle sens, bo jeśli nie, to ku komu lub czemu należałoby ją zwrócić, by mieć pewność, że nas to nie zgubi. Brak możliwości odnalezienia takiego obiektu pogłębia jedynie poczucie beznadziejności i pustki, co sprawia, że na owym dnie się wciąż pozostaje. Aby się od niego odbić, trzeba by wyznaczyć sobie nie tylko cel, do którego chce się dążyć, ale przede wszystkim jakąś podporę, która pomogłaby go osiągnąć. Brak wsparcia komplikuje sytuację. Podporą jest zawsze wiara w sens danego przedsięwzięcia. Bez celu nie można tejże wiary w ogóle w sobie pielęgnować.
Podmiot liryczny pyta dalej: W co wierzyć, kiedy światło nam nie błyska / Choć mgły już pierzchły?, co świadczy o jego wyjątkowym pesymizmie i postrzeganiu losu i świata wyłącznie w negatywny sposób. Jego zdaniem to, że ludzie pogrążeni są tylko w rozpaczy i poza nią nic im nie zostało dowodzi chociażby fakt, że nie wystarczy już tylko względny spokój duszy („choć mgły już pierzchły”, czyli prawdopodobnie chodzi o to, iż odeszły złe chwile), bo cóż nam po tym, jeżeli nie dzieje się nic, co mogłoby dostarczyć jakiejkolwiek ekscytacji i radości? Spokój jest bowiem najmniej „płodnym” stanem emocjonalnym, sieje największe spustoszenie, bo nie pozwala na żadne uniesienia, porywy serca. „Światło nie błyska”, czyli nic pozytywnego się nie dzieje, brakuje rzeczywiście szczęśliwych momentów w życiu, w związku z czym wiara w jakąkolwiek poprawę losu również nie ma sensu – według podmiotu lirycznego, który rozpaczliwie nie może się z tym pogodzić. Z drugiej strony jednak sam jakoby stwarza atmosferę poczucia tejże bezsilności i beznadziejności swego położenia i adoruje tę myśl. I co ważne – nie kreuje żadnej idei, która stwarzałaby chociażby ułamek szansy na jakąkolwiek poprawę toku egzystencji. Jednym słowem: podmiot ten sam zapętla się we własny dekadentyzm – można by nawet pokusić się o śmiałe stwierdzenie, że go pożąda! Mówi o tym także Teresa Walas:
„Deklarując stan niewiary […] wskazywano, iż świadomość dotarła do dna wszystkich doświadczeń i natknęła się na takie, które czyni niemożliwością wszelką aktywność. Stan ten zaś jest tym bardziej nieuleczalny, iż dekadenckie wartościowanie ma charakter szczególnie paradoksalny: tęskni się do wiary, ale niewiarę ceni się wyżej, jak coś dojrzalszego, ostatecznego, niepodlegającego dalszej destrukcji; marzy się o uniesieniach entuzjazmu, ale z pełną świadomością ulega się powabom sceptycyzmu”3.
Podsumowując zatem: być może jest tak, że podmiot liryczny uznał, że dotknął przysłowiowego dna, a jeśli tak się stało, to już niżej upaść nie może. Nadszedł więc kres jego sił i chęci, wszystko opadło i uległo zniszczeniu. Po cóż zatem starać się podnieść, jeżeli ponowny upadek jest niemalże pewny i nieuchronny? Po cóż powtarzać nieustannie ten sam schemat i za każdym razem przeżywać katusze, utwierdzać się w poczuciu bezsilności i beznadziejności, pogłębiać swoją rozpacz? Owszem, podmiot liryczny z pewnością tęskni za „normalnością”, chwilami pozytywnych uniesień, ale z drugiej strony boi się bolesnego rozczarowania, że kiedy już przyzwyczai się do dobrych chwil, wówczas ponownie czeka go „zejście na ziemię” i zetknięcie się z brutalną rzeczywistością. Prawdopodobnie jest więc tak, że podmiot liryczny wybiera łatwiejszą drogę (pozornie!): narzekania i przekonywania o tym, że nie warto w nic wierzyć, gdyż nic nie ma już sensu, bo mówi to osoba, która wielokrotnie się „sparzyła” i chce uchronić przed tym innych. Przyjmuje więc na siebie jakoby rolę pewnego orędownika „w dobrej sprawie”. Trudno jednak się z tym zgodzić: czyż bowiem nawoływanie do braku wiary (lub też kwestionowanie pewnych wartości zakorzenionych w tradycji) można nazwać „dobrą misją”, jaką pragnie nieść poeta?
O ile wątpienie jest naturalnym etapem w życiu każdego człowieka i zawsze świadczy o wykazywaniu dużego zainteresowania danym zjawiskiem (a więc stanowi zaprzeczenie obojętności i „jałowego” przyjmowania wszelkich racji, z którymi nie próbuje się nawet w żaden sposób polemizować), tak w wierszu Miriama-Przesmyckiego stanowi ono naczelny motyw, któremu podporządkowane są wszystkie inne elementy. Nic zatem nie zmierza jakoby ku poprawie, nie zostaje bowiem wyrażona jakakolwiek nadzieja, że jeszcze coś można zmienić, tylko wszystko jest w rękach ludzi. Podmiot liryczny jest zatem wyznawcą katastrofizmu – jego zdaniem świat chyli się ku upadkowi, gdyż wyniszczyła go cywilizacja – im więcej społeczeństwa próbowały sobie ułatwić życie, tym większą sprowadziły na siebie zgubę. W obliczu tych wydarzeń nie warto więc szukać autorytetu, nie ma ani jednej postaci bądź idei, której można by stale hołdować, która nas nigdy nie zawiedzie. Wszystko wokoło jest bowiem zbryzgane rozczarowań kałem, a więc poeta musiał posunąć się do aż tak dosadnego określenia, by uświadomić odbiorcy, jak bardzo rozczarowany jest ludzkim bytem – niezależnie od tego, kim jest i jak żyje dana osoba – wszyscy bowiem w jednakowym stopniu obracają się w tej samej sferze niepewności i braku jakiejkolwiek nadziei na poprawę losu. Poeta również zalicza się do tego grona, z tą jednak różnicą, że czuje się o tyle „lepszy” od pozostałych, że zdał sobie z tego odpowiednio „wcześnie” sprawę, by mógł teraz zacząć przekonywać o tym innych. Zastanawiający jest jedynie cel, jaki mu przyświeca w „krzewieniu” tychże oto poglądów: gdzie upatruje on sens mówienia o braku jakiegokolwiek sensu? Na to pytanie prawdopodobnie próbuje udzielić sobie sam odpowiedzi, lecz z pewnością nie jest ona dla niego satysfakcjonująca, uświadamia bowiem brak wszechwiedzy i człowieczą niedoskonałość: Za dużo wiemy i za mało razem. Cóż to może znaczyć? Ano tyle, że ograniczoność umysłu i niezdolność do wyjaśniania wszystkich zachodzących na świecie zjawisk potęguje poczucie zagubienia. O czym możemy wiedzieć za dużo? Być może to czysta metafora, że przecież nie ma spraw, na temat których moglibyśmy mieć nadmiar wiedzy, natomiast istnieją kwestie, jakich nie powinniśmy nadto roztrząsać i wgłębiać się w nie, a mimo wszystko to czynimy. Robi do dla przykładu chociażby sam podmiot liryczny, który zaczyna zastanawiać się nad sensem wiary. Temat ten go wyraźnie intryguje, choć jednocześnie z pewnością zadaje mu wiele bólu i cierpienia, kiedy poeta po kolei odkrywa, że odziera siebie samego z iluzji szczęścia, które prawdopodobnie nigdy już go nie spotka. A więc czuje, że pod tym względem „niestety, ale wie za dużo”, choć wolałby nie wiedzieć, przy czym z drugiej strony nie potrafi swoich wątpliwości jakkolwiek racjonalnie wyjaśnić (czyli w tym przypadku „wie za mało”).
Ostatnią strofę sonetu wypełniają już tylko zarzuty kierowane w stronę Boga: I każdy woła dziś w zwątpieniu stałem: / „Gdziem był przez wieki, tam do dziś zostałem, / Nędznym robakiem, nie Boga obrazem (…)”. Wynika stąd bowiem, że podmiot liryczny wierzy w samo istnienie Najwyższego, uznaje Jego doskonałość, ale jednocześnie nie chce wierzyć w Jego miłosierdzie, nie chce powierzyć Mu władzy nad własnymi myślami, nad jego duszą, ponieważ – wedle poety – gdyby Bóg kochał ludzi, których stworzył rzekomo na swój obraz i swoje podobieństwo, nie byłoby tylu cierpień na świecie, bo zwyczajnie by na to nie zezwolił. A więc albo Bóg sam nie jest wszechmocny, stąd „zatruta biesiada” na ziemi, albo Bóg po prostu patrzy na te wszystkie tragiczne wydarzenia z nieba i nic nie robi, nie chce pomóc, zmienić – pomimo tego, że ma moc, aby to uczynić. Podmiot liryczny najprawdopodobniej jest zwolennikiem drugiej koncepcji – wówczas jego pojmowanie obecności oraz miłosierdzia Boga byłoby niezwykle podobne do poglądów wygłaszanych przez Konrada podczas Wielkiej Improwizacji w III części Dziadów Adama Mickiewicza! Jeżeli by tak faktycznie było, to nieustanne zwątpienie podmiotu lirycznego w sens jakiejkolwiek wiary (jeżeli nawet zawiodła go wiara w prawdopodobnie najwyższą wartość, jaka tylko może istnieć, a więc w Boga!) wydawałoby się w pełni uzasadnione. I po części nawet możliwe do przyjęcia. Pytanie jednak, co sprawiło, że podmiot liryczny przestał wierzyć w Niego. A może nigdy tak naprawdę nie wierzył? Trudno osądzić, nie zostaje to bowiem wypowiedziane wprost. Być może poprzez nawrócenie udałoby mu się odbudować również wiarę w inne wartości, chociażby takie jak: miłość, przyjaźń, praca, sztuka, a przede wszystkim wiarę w drugiego człowieka?
Dość duże zaskoczenie przynosi ostatni wers utworu: Daremną pogoń jest za ideałem!. Jeżeli bowiem sformułowanie to zamyka cały wiersz, to być może właśnie ono stanowi całe jego „centrum”, być może całkowita treść tegoż krótkiego dzieła sprowadza się tylko do tych oto słów? Jeżeli tak jest, to można rzec, że odbiorca otrzymuje w ten sposób odpowiedź na wszystkie pytania, jakie uprzednio zostały postawione przez podmiot liryczny. Nie jest ona oczywiście jasna i nie rozwiewa w pełni wszystkich wątpliwości, ale z pewnością uzasadnia ich pojawienie się! Otóż to bowiem dążenie do doskonałości własnego ciała i umysłu, jak również poszukiwanie owej doskonałości w drugim człowieku, o czym mowa w wierszu, jest według poety za każdym razem pozbawione sensu, ponieważ procesom tym nie ma zwyczajnie końca, nigdy się do niego nie dojdzie. I tu można natrafić na stosunkowo duże nieporozumienie: gdyby podmiot liryczny wierzył w Boga, wiedziałby doskonale, że to człowiek, poprzez swe nieposłuszeństwo, zhańbił się grzechem pierworodnym, przez co zesłał na siebie ułomność i niedoskonałość. Bóg – pomimo swej obecności, wszechmocy i wielkiego miłosierdzia – mógł obdarzyć stworzonego przez siebie człowieka jedynie wolną wolą i spoglądać na jego czyny, ponieważ on sam poprzez grzech zerwał z Nim bezpośrednią łączność. Odtąd rozpoczął egzystencję jakoby na własny rachunek, Bóg mu na to zezwolił. A więc wszelakie cierpienia na świecie są tylko i wyłącznie wynikiem działań ludzkich. Ojciec spogląda na to i ubolewa nad cierpieniem ukochanych mieszkańców ziemi, ale jednocześnie jest to także pewnym rodzajem próby. Próby tego, czy w swoim bólu i rozpaczy wytrwają oni przy Nim i nie zwątpią na tyle mocno, by od Niego odejść.
Podsumowując: wątpienie samo w sobie nie powinno być poczytywane jako coś złego. Ba, należy je wręcz traktować jako najpłodniejsze źródło chociażby wszelakich spektakularnych odkryć – gdyby dla przykładu Kopernik nie zakwestionował rzekomego geocentryzmu, z pewnością długo jeszcze świat żyłby ślepym złudzeniem i nie poznałby prawdy. Warto jednak pamiętać, że prawda zawsze jest czymś niezwykle płynnym, bowiem nigdy nie pozostaje całkowicie odkryta, nigdy też nie powinno być końca jej poszukiwań.
Dobrze zatem, że podmiot liryczny wątpi. Dobrze, że pyta. Szkoda jedynie, że z góry przesądza o tym, że jakakolwiek nie padnie odpowiedź, a on zdania na temat sensu jakiejkolwiek wiary nie zmieni. Uważa najprawdopodobniej, że go nie ma, ponieważ wszystko, w co dotąd wierzył, okrutnie go zawiodło i zaprowadziło w ślepy zaułek. Czuje się oszukany i zdradzony – nawet przez Boga, i w tej kwestii nie tylko on sam – z pełną odpowiedzialnością wypowiada się w imieniu całej społeczności ludzkiej. Przytacza wręcz jej zawołania, uogólniając je w jedno wielkie zwątpienie. Dążenie do jakiegokolwiek ideału również nie ma sensu, ponieważ poecie brakuje właśnie wiary, a ta jest niezbędna przecie, aby osiągnąć jakikolwiek postęp.
Wiersz ten ocieka wręcz pesymizmem, niestety nie jest to pesymizm „zdrowy”, gdyż nie wyraża nawet cienia nadziei na poprawę, a tak być nie powinno. Cóż innego przecież chłodny racjonalizm i twarde stąpanie po ziemi, a co innego totalny katastrofizm, celowe zagłębianie się w rozpaczy i chęć potęgowania niewiary w sobie. Należałoby te cechy wyraźnie od siebie oddzielić, ponieważ z pewnością nie są ze sobą tożsame. Wydawać się bowiem może, że podmiot liryczny uważa siebie właśnie za mądrego realistę, którego działania mają jedynie pomóc innym ludziom, zaś w gruncie rzeczy jest on przesadnym katastrofistą, tchórzliwym niedowiarkiem, który nawołując do „umycia rąk” przed jakimkolwiek angażowaniem się w osiąganie wyższych celów, sieje o wiele więcej spustoszenia i niepokoju, aniżeli próbowałby chociaż trochę wzniecić wśród czytelników iskierkę nadziei w lepszy byt. Takie podejście i „szczucie” odbiorców jest – moim zdaniem – niewybaczalne i o ile docenić można wysiłki poety w zakresie sprowadzenia wszystkich „bujających w obłokach” na ziemię, o tyle trudno jest pozytywnie ocenić spełnienie przez niego społecznej misji, jaką sam na siebie nałożył. Dlaczego? W utworze tym nie przekazuje bowiem niczego, co mogłoby skłonić czytelników do wytężonej pracy nad sobą, która – jak wiadomo – jest niezbędna, aby dokonywać rzeczy wielkich (zawsze poczynając od tych małych). A rzeczy wielkie pogłębiają wiarę.
MARTA AKUSZEWSKA
BIBLIOGRAFIA:
I. Literatura podmiotowa:
Przesmycki Zenon (Miriam), Wybór poezji, wybór i oprac. Teresa Walas, Kraków 1982, s. 95.
II. Literatura przedmiotowa:
1.Bąbiak Grzegorz Paweł, Metropolia i zaścianek. W kręgu „Chimery” Zenona Przesmyckiego, Warszawa 2002, s. 15–26.
2.Buś Marek, Norwidyści. Miriam – Cywiński – Borowy – Makowiecki – Wyka. Konteksty, Kraków 2008, s. 33–56.
3.Koc Barbara, Miriam. Opowieść biograficzna, Warszawa 1980, s. 248–263.
4.Koc Barbara, Zenon Przesmycki. Humanista przełomu XIX i XX wieku, Legnica 2006, s. 60–72.
5.Makowiecki Andrzej Z., Wokół modernizmu, Warszawa 1985, s. 115–135.
6.Walas Teresa, Ku otchłani (dekadentyzm w literaturze polskiej 1890-1905), Kraków 1986, s. 19–27, 150–153, 240–246.
7.Walas Teresa, Wstęp, [w:] Przesmycki Zenon (Miriam), Wybór poezji, Kraków 1982, s. 5–35.



